Wena i Raven

Opowiadania, które wciągają wszechświat

Templariusz

Nazywał się Wilhelm Santos. Wstąpił do Zakonu Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona w wieku 20 lat. Pragnął służyć Bogu i zostać rycerzem. Po dwóch latach został na niego pasowany. Tak jak inni ślubował ubóstwo, czystość, posłuszeństwo i walkę za wiarę. Posiadał własnego giermka. Papież Innocenty II, jeszcze przed narodzinami Wilhelma, w 1138 roku wyłączył templariuszy spod władzy kościelnej oraz opłaty dziesięcin. Później w 1144 roku nadano templariuszom prawo do kwestionowania raz do roku w każdym kościele. Rycerze Chrystusa mieli więc dużo przywilejów. Santos został wysłany  na trzecią wyprawę krzyżową. Pierwszą znaczącą bitwą w jakiej uczestniczył rozegrała się pod Montisgardem 25 listopada 1177 roku przeciwko wojskom Saladyna. Templariusze u boku króla Baldwina IV przegrali z powodu warunków atmosferycznych i dużej przewagi liczebnej wroga. Następna ważna potyczka miała miejsce w Hittin 4 lipca 1187 roku, jednakże wojska templariuszy znów poległy.

Trzy lata po tym wydarzeniu giermek Santosa przyniósł mu list.
– Panie to chyba od papieża – templariusz popatrzył na pieczęć. Miała ona herb papieski z dwoma złotymi skrzyżowanymi kluczami. Wilhelm ze zdziwieniem czytał treść listu.
– Wzywają mnie, muszę jechać do Rzymu – rzekł rycerz.
Z Hiszpanii dotarł do miasta Rzym po trzech tygodniach. Papież znajdował się w Zamku Świętego Anioła. Wilhelm przekroczył most nad Tybrem. Przejście było ozdobione posągami aniołów, a zamek przewyższał wszystkie inne budowle w tym mieście. Jego ogrom i wygląd sprawiał niesamowite wrażenie. Na końcu mostu stali  papiescy gwardziści. Santos pokazał list i został zaprowadzony do papieskich komnat. Był podekscytowany, że zobaczy po raz pierwszy papieża, a urząd ten od 19 grudnia 1187 roku sprawował Klemens III. Templariusz stanął przed ogromnymi, ciężkimi drzwiami, które prowadziły do komnat papieża. Gwardziści pchnęli je zamaszyście, a wrota zostały otwarte. Santos ujrzał niskiego człowieka z pastorałem w ręce. Papież podszedł do niego, a rycerz uklęknął i pocałował złoty sygnet, znajdujący się na palcu Ojca Świętego.
– Wasza Świątobliwość… – powiedział Wilhelm drżącym głosem. Był zdenerwowany.
– Zapewne chcesz wiedzieć, dlaczego cię tu wezwałem.
– Nie ukrywam, że ciekawi mnie to, Ojcze.
– Otóż słyszałem, że wspaniale się sprawujesz i chciałbym zapytać  czy dołączysz do armii króla Ryszarda Lwie Serce?
– W jakim celu?
– Niewierni ukradli nam Ułamek Prawdziwego Krzyża. Wiem, że jesteś dobrym wojownikiem, więc jeśli zasilisz szeregi wojsk Ryszarda będziesz bezcenny. Proszę, zgódź się, dla dobra katolików na całym świecie. Rycerz bez chwili wahania rzekł:
– Zgadzam się i proszę o błogosławieństwo – Wilhelm uklęknął, a papież  naznaczył na jego czole znak krzyża.
– Niech Bóg dopomaga Ci podczas tej świętej wojny.  Idź w pokoju.
– Amen – orzekł Santos i wrócił na dziedziniec zamku. Gwardziści powiedzieli Wilhelmowi, że armia króla Ryszarda stacjonuje niedaleko, na północ stąd. Dali mu list, który miał wręczyć królowi, aby zaciągnąć się do armii. Wilhelm przywołał ruchem ręki giermka i ruszyli w drogę.
Wkrótce spotkali armię króla Lwie Serce. Wilhelm jedynie z opowiadań słyszał, iż król cały czas jest przy swoich wojownikach. Rozmawiał z nimi, podtrzymywał ich na duchu i nie łowił się w luksusach. Santos poszedł do rycerzy patrolujących miejsce zbiórki. Jeden z nich zaprowadził go prosto do Ryszarda. Ukłoniwszy się nisko, wręczył list. Król Ryszard skinął na pachołka i kazał wyznaczyć miejsce dla nowego rycerza, jednocześnie z serdecznym uśmiechem na twarzy dziękował za dołączenie do armii. Idąc przez obozowisko, Wilhelm widział nie tylko templariuszy i zwykłych rycerzy, ale także szpitalników. Służący króla wręczył mu koc i pokazał miejsce.
– Dziękuję – powiedział Wilhelm. Rozejrzał się dookoła. Ciekawe ilu mogło być tu ludzi – pomyślał rycerz. Znajdowali się na istnym pustkowiu. Jedynym punktem obserwacyjnym było drzewo, stojące niedaleko stąd. Rozłożył niedbale koc, żeby zająć sobie miejsce, ale również poprosił swojego giermka, by spoczął i ruszył szybkim krokiem w stronę drzewa. Pierwsza gałąź zwisała nisko, więc wspięcie się nie było trudne. Następna znajdowała się dużo wyżej. Wilhelm wbiegł na pień drzewa i wybił się mocno. Złapał kolejną gałąź i następną. Wkrótce był już na szczycie. Widok jaki ujrzał, był niesamowity.
– Ilu tu wojowników! Niebywałe! Tą wojnę na pewno wygramy – powiedział sam do siebie.
– Hej ty tam! – zawołał jakiś twardy głos – złaź, bo kości porachujesz. Wilhelm zobaczył w dole dobrze zbudowanego  mężczyznę w żelaznej zbroi. Był rycerzem, ale nie templariuszem. Santos zwinnie zszedł z drzewa i zmierzył mężczyznę wzrokiem.
– Niesamowita jest ta liczba ludzi nie? – facet pociągnął łyka z bukłaka. Płyn spłynął mu po zarośniętej brodzie. Rycerz zebrał kroplę ręką, a potem wytarł w spodnie. Wilhelm nie odrywał od niego swych niebieskich, przenikliwych oczu.
– Co się gapisz, jakbyś jaką piękną dziewkę zobaczył? – Santos odwrócił wzrok.
– Gdzie moje maniery… nazywam się Richard Doin, a ty?
– Wilhelm Santos.
– Widzę, że jesteś templariuszem. Ja jestem tylko zwykłym rycerzem z Francji.
– Z Francji ?! – zdziwił się Wilhelm – po manierach tego nie widać, no ale wojna zmienia człowieka.
– Tak zmienia, większość na bydło. A ty skąd przywędrowałeś? – spytał Doin.
– Z Hiszpanii, czy ten mężczyzna to ksiądz? – spytał zdziwiony Santos, kiedy zobaczył człowieka w sutannie.
– Tak, zapewnia nam wsparcie duchowe, ale zawsze ma taką minę, jakby szczał do wody święconej – mężczyźni roześmiali się.
– Niedługo król będzie mówić o strategii walki – Doin pokazał palcem na niedalekie wzgórze – tam, radzę ci się przygotować do jego długiego pieprzenia, a tymczasem żegnam – splunął na rękę i wyciągnął ją do Santosa. Wilhelm skrzywił się.
– No co tak się żegnamy…
Po chwili namysłu templariusz także plunął na dłoń i oboje uścisnęli sobie ręce. Wilhelm przełknął głośno ślinę. Obrzydliwe – pomyślał. Potem mężczyźni rozdzielili się. Santos wrócił na swoje miejsce i usiadł obok swojego giermka. Rozmowę przerwało im grzmienie trąby. Niedługo zacznie się przemówienie. Wszyscy żołnierze podchodzili pod wzgórze. Wśród nich był także Santos. Król wyglądał na górze majestatycznie. Jego płaszcz rozwiewał wiatr, podobnie jak włosy sięgające do ramion. Oparł się na mieczu, który wcześniej wbił w ziemię. Na głowie błyszczała lekko korona. Wyglądał jak prawdziwy bohater. To on wygra tę wojnę.Stanowił duży autorytet dla wojowników.
– Rycerze – zaczął przemowę król – zapewne wiecie, dlaczego wyruszamy na niewiernych Saracenów. Ukradli nam Ułamek z krzyża naszego  Pana Jezusa Chrystusa! Musimy go odbić, a jednocześnie zająć Jerozolimę, gdyż tam jest najbardziej dyskryminowana wiara chrześcijańska – tu Ryszard zamilknął na chwilę, wszyscy rycerze wpatrywali się w niego jak zaczarowani – Nie wiemy gdzie będzie główne starcie z Saracenami, mimo wszystko układ wojsk będzie taki: przed rycerzami na koniach pójdzie piechota i łucznicy, na prawej flance stać będą templariusze, a na lewej szpitalnicy. Między nimi ustawią się kawalerowie francuscy, flamandzcy i frankijscy. Miejmy nadzieję, że Bóg nam dopomoże i uwolnimy Ziemię Świętą z rąk niewiernych. Przygotujcie się do drogi, jutro o świcie wyruszamy. Teraz pomódlmy się słowami, których nauczył nas Jezus Chrystus. Ojcze nasz – zaczął król, a zaraz dołączyli się rycerze. Po modlitwie wojownicy krzyczeli i bili brawa dla króla. Było to ukojenie dla nich samych, pewnością siebie podtrzymywali się na duchu. Potem wszyscy się rozeszli. Zapadł zmrok, a rycerze rozpalili ogniska. Wilhelm położył się na kocu i zamknął oczy. Oby Bóg nam sprzyjał, oby to była wygrana walka. Z tymi myślami zasnął.

Obudził się nad ranem. Wielu rycerzy przygotowywało się już do podróży. Giermek Wilhelma podszedł do niego, wręczył ubrania i broń.
– Pomóc ci się ubrać panie?
-Tak.
Giermek założył templariuszowi biały habit, następnie płaszcz tego samego koloru. Potem kolczugę i żelazne nogawice.
-Dziękuję, resztę ubiorę sam – Wilhelm założył pochwę na broń i narzędzia śmierci: miecz z grawerowanym krzyżem templariuszy, młot turecki i puginał. Założył jeszcze żelazne rękawice, a w dłoniach trzymał hełm i tarczę. Zaraz po wschodzie słońca ruszyli do Ziemi Świętej. Droga była długa i uciążliwa. Trwała sześć miesięcy. Skończyły się zapasy, wiec armia króla Ryszarda uderzyła na garnizon w Akce. Krwawy bój został zakończony porażką wojsk Saladyna i zabiciem 2700 jeńców przez króla Ryszarda. Wilhelm miał wtedy 31 lat. Był świadom śmierci wielu cywilów. Wtedy pojawiły się w nim pierwsze wątpliwości co do słuszności świętych wojen. Był 6 wrzesień 1191 roku. Santos odpoczywał w zamku, kiedy przyszedł Doin.
– Nad czym tak rozmyślasz? Wyglądasz jakbyś pod siebie nasikał.
– A ty wyglądasz jakbyś przesadził z alkoholem – Richard nie musiał tego tłumaczyć, bo jego oddech mówił za niego.
– O co chodzi przyjacielu? – spytał znów Doin.
– Widziałeś ilu zginęło cywilów? Czym zawinili?
– Stary, wojna wymaga ofiar, niewinnych także.
Przyszedł jeden z dziesięciu strażników marszałka – człowieka, który dowodził templariuszami w czasie bitew. Jego zwierzchnikiem był Mistrz Zakonu Ubogich Rycerzy Chrystusa, Robert de Sable lub  głównodowodzący wojną, w tym przypadku król Ryszard.
-Zbierajcie się, będziemy szli wybrzeżem do Arsufu, bo tam przebywa wojsko niewiernych. Szli cały dzień i całą noc. Do celu przybyli rano. Wilhelm wielce się zdziwił. Myślał, że Arsuf to jakaś ogromna twierdza, a okazała się osadą z zamkiem warownym. Nie było tu saraceńskich wojsk. Król Ryszard wysłał posłańca, by ten zapytał, gdzie udał się Saladyn. Żołnierze czekali w milczeniu. Okazało się, że Saraceni poszli na północ. Tam udała się także chrześcijańska armia, idąc pobrzeżem Morza Śródziemnego. Ryszard ustawił swą armię tyłem do morza. Gdy przeszli kilka kilometrów na północ od Arsufu, zobaczyli wojsko Saracenów. Marszałek uniósł czarno – białą flagę templariuszy.  Od tej pory każdy zakonnik musiał bezwzględnie podporządkować się rozkazom marszałka. Jakiegokolwiek naruszenie tej reguły było karane, a najsurowiej tchórzostwo i zdrada. Nikt nie mógł opuścić pola bitwy dopóki czarno – biała flaga widniała w rękach marszałka. Wilhelm wiedział, że nie ma innego wyjścia, pozostała już tylko walka. Było gorąco, ale morska bryza ochładzała temperaturę powietrza. Musieli walczyć na piachu. Oznaczało to, że będzie unosić się pył i kurz.
– Dzielni rycerze, walczymy dla Pana, dla jego chwały! – krzyczał król.
– Do atakuuuuuu! – dodał.
Najpierw wojska chrześcijańskie zaatakowały zastępy lekkozbrojnej piechoty murzyńskiej i beduińskiej. Nie wyrządzili jednak żadnej szkody uzbrojonym rycerzom krzyża. Łucznicy Ryszarda zasypywali przeciwników gradem strzał. Następna uderzyła turecka kawaleria uzbrojona w szable i topory. Armia ta zmusiła chrześcijan do cofnięcia się w stronę Arsufu.
– Non nobis Domine, non nobis, sed nomini tuo da gloriam! – krzyczał marszałek, zachęcając rycerzy do skuteczniejszej walki. Unosił się pył i kurz. Panował zamęt. Słychać było ciągłe krzyki  i jęki. W mgle powstałej z piachu ciężko zauważyć kogo się zabija.
– Dla Boga! Czyńcie to dla Jezusa Chrystusa! On nagrodzi was za tę walkę!
Miecz Wilhelma przebił czyjeś ciało. Dopiero po opadnięciu pyłu, Santos zorientował się, że dźgnął kobietę. Jej twarz wykrzywiła się w niemym krzyku. Rycerz doznał szoku. Rozglądnął się na walczących kolegów. Otworzyły mu się oczy. Wszystkie śluby jakie składali templariusze, zostały pogwałcone niemal w tej samej chwili. Walka za wiarę stała się krwawym, barbarzyńskim mordem. Złamany został ślub posłuszeństwa, bo zamiast niewiernych, rycerze zabijali cywilów. Jeden z braci Wilhelma gwałcił właśnie kobietę i tym samym złamał przysięgę czystości, a ubóstwo wśród templariuszy od dawna było mitem. Walka dla Boga przerodziła się w krwawą tyranię. Miecze rycerzy, biorących udział w świętej wojnie były przesiąknięte krwią niewinnych.
– Non nobis Domine, non nobis, sed nomini tuo da gloriam! – usłyszał znowu Wilhelm. Jego przemyślenia przerwał przeszywający ból. Dostał strzałą w ramię. Szybko wyrwał grot. Siły wojsk Saladyna były już niewielkie. Wilhelm szedł. Wśród trupów leżały niewinne kobiety i dzieci , bo atak był zupełnie niespodziewany. Usłyszał trąbę. Koniec walki. Wygraliśmy. Czy to była wygrana o jakiej marzył Santos? Chyba nie. Wojska Ryszarda wkroczyły tryumfalnie do Arsufu. 7 września 1191 roku w bitwie pod Arsuf poległo 7000 muzułmanów, 700 krzyżowców i 200 cywilów. Wilhelm przybity oddalił się od towarzyszy. Wszedł w wąską alejkę. Był tam rów. Położył się w nim. Miał ciągle przed oczami kobietę, którą zabił, a w głowie słyszał głos marszałka. Co ma teraz robić? Uciec? Byłaby to największa hańba wobec zakonu i samego siebie. Ale może lepiej znosić hańbę ludzi niż Boga?
– Tu jesteś, myślałem, że cię zabili przyjacielu – odezwał się Doin.
– Żyję.
– Twoje ramię, krwawisz…
– Trudno – w oczach Wilhelma pojawiły się łzy.
– Co cię trapi Santos?
– Widziałeś ilu zabito cywilów? Nasza krucjata stała się barbarzyńskim napadem! Nie widzisz tego?!
– Widzę, ale na wojnie muszą być ofiary – Wilhelm zaśmiał się ironicznie.
– Nie powtarzaj tego! Tak łatwo to sobie tłumaczysz, ale ja tak nie potrafię. Staliśmy się maszynami do zabijania.
– Zabijamy dla Boga Wilhelmie!
– Sądzisz, że mordując niewinnych ludzi, Bóg jest uradowany?! Znasz boże przykazania?! Jedno z nich mówi nie zabijaj – Wilhelm wstał zapłakany.
– Dokąd idziesz?
– Odchodzę, dłużej tego nie zniosę – Santos zdjął swój biały płaszcz z czerwonym krzyżem na plecach i go wyrzucił. Narzuta odleciała targana wiatrem.
– A honor? Gdzie twój rycerski honor Santos?
– Lepiej być zhańbionym w oczach ludzi, niż przez Boga.
– Zdajesz sobie sprawę, że będą cię ścigać do końca życia?
– Tak. Żegnaj przyjacielu.
– Ale z ciebie idiota! Mimo wszystko powodzenia.
Wilhelm był moralnie rozdarty. Zrezygnował z rycerskiego honoru, ale czy dla bardziej szczytnego celu? Tego jeszcze nie wiedział. Udał się do Jerozolimy. Potajemnie zakradł się do Świątyni Salomona. Uważnie sprawdził teren. Nikogo nie było. Zauważył jakieś papiery, leżące na ołtarzu. Przeczytał je, a gdy chciał je odłożyć, jego oczom ukazał się… Ułamek Prawdziwego Krzyża! Nikt nie ukradł go z miejsca, w którym przebywał od wielu lat. Cała ta wojna była prowokacją! Jakiemu celowi służyła? Może papież chce rozpętać jeszcze większą wojnę? Wilhelm wiedział już czym się zajmie w najbliższym czasie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Message *
Name*
Email *