Wena i Raven

Opowiadania, które wciągają wszechświat

Laboratoria Śmierci

Sand City, 23 lipca 2004

Mike Johnson szukał tematu do swojego reportażu. Akurat w mieście odbywały się mistrzostwa jazdy na deskorolce.Chciał przeprowadzić wywiad z ubiegłorocznym zwycięzcą. Szedł w stronę skateparku, w którym odbywały się zawody. Nagle zobaczył mężczyznę. Był ubrany po cywilnemu, ale na koszuli błyszczała wojskowa odznaka, co Johnsona zdziwiło. W takiej spokojnej mieścince wojsko? To zainteresowało go bardziej niż zawody. Dyskretnie szedł za nieznajomym. Mężczyzna przystanął i zaczął rozmawiać z miejscowym bezdomnym. Dziennikarz kręcił się wokół stoisk handlowych, udając że jest zainteresowany kupnem pomidorów, ale tak naprawdę wytężał słuch, żeby zrozumieć czego chce wojskowy od człowieka ulicy. Docierały do jego uszu szczątkowe informacje. ‘’Zapłacimy Ci’’. ‘’To będzie bezpieczne’’. ‘’Wyjdziesz jak gdyby nigdy nic i będzie cię stać na zakup mieszkania’’. To dopiero może być ciekawy temat – pomyślał Mike i dalej przysłuchiwał się rozmowie. ‘’Na ile ?’’ – zapytał bezdomny. Odpowiedzi wojskowego nie usłyszał. Mężczyzna, który był ubrany w łachmany,  wstał i poszedł za niby – żołnierzem. Wsiedli do niepozornego pickupa. Johnson podbiegł do swojego samochodu i pojechał za nimi utrzymując bezpieczny dystans. Jechali przez pustynię. Z dala Mike zauważył znak drogowy. ‘’DOLINA ŚMIERCI 3 MILE’’. Pickup zatrzymał się. Wziął lornetkę. Jego oczom ukazała się brama, której  bacznie pilnowali żołnierze. Cały teren był zagrodzony. Nie widział  co znajduje się dalej. Zrobił kilka zdjęć i zanotował coś w zeszycie. Dziwne, przecież tu wcześniej znajdował się Park Narodowy – pomyślał Mike. Do głowy wpadł mu nagle pomysł doskonały. Był zbyt sumiennym dziennikarzem, by odpuścić. Wrócił do miasteczka. Tam wynajął pokój w hotelu. Zostawił swój bagaż i ruszył na miasto. W ciągu jednej nocy musiał zmienić się w bezdomnego.

Sand City, 24 lipca 2004

Mike siedział pod koszem. Był ubrany w łachmany. Miał brudną twarz. Przebrania pozazdrościłby mu niejeden charakteryzator. Teraz pozostało już tylko czekać na żołnierza. Johnson nie mógł usiedzieć na miejscu. Ciekawiło go co ukrywają na ogrodzonym terenie. Musi to być bardzo tajne i ważne, skoro pilnują tego żołnierze.  Siedział cały dzień i już tracił nadzieję. Oczy same mu się przymykały. Nagle ktoś zawołał : ‘’Ej, ty tam!’’. Mike otworzył oczy i zobaczył mężczyznę. Nie był to ten sam co wczoraj, ale odznaki mieli identyczne.
– Długo pan jest na ulicy?
– Co pana to interesuje? – odpowiedział pytaniem na pytanie Mike.
– Cóż, mam dla pana propozycję – rzekł mężczyzna z odznaką.
– Spada mi pan z nieba. Słucham.
– Zarobi pan na mieszkanie, czy cokolwiek pan chce, pod jednym warunkiem – tajemniczy rozmówca na chwilę przerwał – będziemy mogli prowadzić doświadczenia na pańskim organizmie, oczywiście w stu procentach bezpieczne. Nie będzie pan też mógł porozumiewać się ze światem zewnętrznym.
– Ale gdzie pojedziemy?
– Wyjaśnię to panu po drodze. Zgadza się pan?
– Oczywiście – Mike podał rękę wojskowemu i już nie mógł się doczekać co zobaczy.
Wsiedli do Land Rovera i ruszyli ta samą trasą co dzień wcześniej menel z innym wojskowym.
– Jedziemy do Doliny Śmierci. Tam oddamy pana pod opiekę naukowców.
– Ile będziecie mnie badać?
– Mniej więcej miesiąc.
Dojechali do bramy. Żołnierze przepuścili ich. Mike wraz z wojskowym udali się w głąb zagrodzonego terenu. Johnson był pod wrażeniem. Żołnierze pilnowali ogromnego kompleksu laboratoriów. Pełno tu było budynków i magazynów. Wszędzie czatowali mundurowi. Gdzieniegdzie jacyś mężczyźni przenosili metalowe skrzynie. W przeciwnym kierunku biegła kobieta w białym kitlu z niemowlęciem na rękach.
– Dlaczego nikt o tym nie wie? – zapytał Mike.
– Bo to tajny projekt finansowany przez rząd.
–  Skąd pan wie, że jak wyjdę to nie wypaplam wszystkiego?
– Zadbamy o to – wojskowy uśmiechnął się szelmowsko.
– Tutaj będzie pan badany.
Weszli do jednego z budynków. Przeciskali się przez wąski korytarz. Ludzie w białych kitlach biegali tam i z powrotem. Niewątpliwie byli to najlepsi z najlepszych.
– Przedstawię ci twojego osobistego lekarza – oznajmił żołnierz.
Otworzył śluzę do jednego z laboratoriów. Oczom Mike’a ukazał się niski mężczyzna w niechlujnie narzuconym białym kitlu. Gadał coś niezrozumiałego pod nosem i nie zdawał sobie sprawy z obecności przybyszów.
– Doktorze Hyde, oto pański pacjent.
Naukowiec odwrócił się. Każdy włos na jego głowie sterczał w inną stronę, z jego oczu biło szaleństwo i nieobliczalność.
– Jakże mi miło – powiedział z entuzjazmem naukowiec.
– To ja zostawiam was samych – rzekł tajemniczy wojskowy i zniknął za śluzą, która po jego wyjściu automatycznie zamknęła się.
– Jak się pan nazywa? – spytał lekarz.
– Jack Spec – skłamał Mike, na wypadek, gdyby chcieli go sprawdzać.
– Badania rozpoczniemy jutro. Teraz zaprowadzę pana do pokoju. Zważywszy na to, że przyszedł pan tu dobrowolnie, wszelkie próby ucieczki nie mają sensu. Strażnik będzie pilnował drzwi.
– A będzie powód, żeby uciekać? – spytał Mike.
– Nie, ale to tylko przestroga. Nie będzie mógł pan myszkować po nocach.
Johnson pokiwał głową. Dopóki nie wybada co się tu właściwie wyrabia, będzie potulny jak baranek.
– Posiłki będą dostarczane trzy razy dziennie o stałych porach. W pokoju znajdzie pan jedynie  łóżko, biurko i łazienkę, reszta jest zbędna.
Hyde zatrzymał się.
– Oto pańska kwatera – wcisnął przycisk i drzwi obok otworzyły się.
– Dobrej nocy, panie Spec – powiedział z wyższością lekarz.
Mike uśmiechnął się niechętnie.
– Co za dupek – pomyślał dziennikarz.
Pokój był mały i obskurny. W nozdrza mężczyzny wdarł się duszący odór wilgoci i stęchlizny. Farba odpadała ze ściany. Biurko okazało się zlepkiem kilku drewnianych desek, a łóżko skrzypiącym tapczanem. Kiedy to zobaczył, stracił ochotę na zwiedzenie łazienki i postanowił się położyć.

Dolina Śmierci, 25 i 26 lipca 2004

W ciągu kolejnych dwóch dni, Hyde robił mu psychotesty, które polegały na symulacjach nietypowych sytuacji. Były tam głównie pytania  co Mike zrobiłby w danej chwili. Johnson nie wiedział po co to wszystko. Gdy o to spytał, doktor odpowiedział, że dowie się niebawem.

Dolina Śmierci, 29 lipca 2004

– Spec, wstawaj – powtórzył po raz kolejny strażnik – za pięć minut masz się stawić u Hyde’a, rozumiemy się?
– Luzik – mruknął Mike i zwlekł się z łóżka.
Do laboratorium naukowca dotarł trochę szybciej, niż przewidział to strażnik.
– Witam, doktorze.
– Dzień dobry, usiądź zaraz do ciebie dołączę – zawołał  z zaplecza Hyde.
Mike zgodnie z poleceniem zajął miejsce. Po raz pierwszy miał okazję porozglądać się po biurze lekarza. Wszędzie porozrzucane były probówki, kolby, pipety i wiele innych sprzętów. Mike nie umiał nawet określić przeznaczenia niektórych z tych przedmiotów. Nad biurkiem wisiał dyplom i zdjęcie, zapewne z czasów studenckich. Jego uwagę przykuł także zbiornik, znajdujący się w lewym rogu pomieszczenia. Był zakryty półprzezroczystą folią. Mike zauważył ruch. Chciał się dokładniej przyjrzeć, ale w tym momencie wparował Hyde. Jak zwykle mruczał coś pod nosem. Gdy zobaczył czym interesuje się Johnson, wyraźnie zmieszany przerwał swoją paplaninę. Podbiegł do zbiornika i wywiózł go na zaplecze, które było chronione hasłem.
– Co to było? – spytał zaciekawiony Mike.
– Nie mam w zwyczaju pokazywania niedokończonych dzieł. Przejdźmy do innego kompleksu. Tam znajdziemy potrzebny sprzęt. Idąc do celu, natknęli się na lekarzy spieszących do kliniki i niosących nosze. Mike zobaczył siną rękę wystającą spod prześcieradła, którym było zakryte ciało. Ogarnęło go obrzydzenie i strach. A co jeśli on też tak skończy? Dotarli na miejsce. W środku znajdowało się skórzane krzesło z oparciem. Hyde kazał usiąść na nim Mike’owi. Tak też zrobił. Okazało się, że krzesło wyposażone jest również w zapięcia, którymi badacz unieruchomił Johnsona.
– Co do diabła?! – krzyknął zdumiony dziennikarz.
– To tylko zwykłe środki ostrożności – rzekł ze stoickim spokojem Hyde. Lekarz nakłuł wewnętrzne strony przedramion Mike’a i założył wenflony.
– Na podstawie testów, zauważyłem, że niezły z ciebie buntownik i nadajesz się do tego eksperymentu. Byle dawka była odpowiednia – mówiąc to, Hyde podpiął mu dwie kroplówki.
Gdy cała ich zawartość znalazła się w krwioobiegu Mike’a, Hyde przeprowadził te same psychotesty. Tym razem odpowiedzi na pytania były zupełnie inne. Wcześniej obiekt badań odznaczał się buntowniczością, a teraz pokojowym nastawieniem. Hyde’a usatysfakcjonowały rezultaty eksperymentu. Jego substancja działała na geny VMAT2, które były odpowiedzialne za buntowniczość i dezaktywowała je. Na razie tylko na dwie godziny. Będzie musiał nad tym jeszcze popracować. Tymczasem polecił zawiezienie Mike’a do jego pokoju, a sam poszedł skonsultować się z kolegą po fachu. Przeszedł do innego budynku. Z tamtejszych laboratoriów rozchodziły się krzyki i jęki. Wkroczył do jednego z nich.
– Nie, proszę! Zostaw mnie! – krzyczał przez łzy mężczyzna.
– Twoje poświęcenie nie zostanie zapomniane – powiedział doktor i wyjął wiertarkę z głowy ,,pacjenta’’.
– James, musisz mi pomóc – odezwał się Hyde.
– Z przyjemnością. Słyszałem, że masz nowego pacjenta. Kiedy go uśmiercisz? – ironicznie spytał James.
– Wiem, że z tego słynę, ale nie tym razem. Słuchaj, jak przedłużyć działanie substancji, która dezaktywuje geny odpowiedzialne za buntowniczość?
– No, widzę, że wziąłeś się za ambitny projekt. Może zwiększ dawkę?  – zaproponował badacz.
– Wtedy dojdzie do zniszczenia tych genów i mutacji. Masz jeszcze jakiś pomysł?
– Znajdź inną mieszankę. Tylko to ci pozostaje.
– Chyba tak zrobię.
Hyde wrócił do budynku. Sprawdził co u Mike’a, a potem poszedł do swojego biura. Otworzył zaplecze. Wyrównał stężenie płynów ustrojowych w zbiorniku i poszedł eksperymentować z mieszaniną dezaktywującą geny VMAT2.

Dolina Śmierci, 30 lipca 2004

Kolejny dzień badań. Mike był tu już prawie tydzień i miał dość.
– Dziś założę ci okulary wirtualne i będę monitorować twoje reakcje.
– Czy długo będziecie mnie tu przetrzymywać?
– Nie, zostało ci trzy dni – uśmiechnął się Hyde – tymczasem wkładaj okulary.
Dziennikarz posłuchał polecenia. Przed jego oczami stanął obraz wojny. Trzymał w ręku karabin. Znalazł się w kompletnym chaosie. Strzelanie. Krzyki. Wybuchy. Szok. Żołnierz przed nim padł z dziurą w głowie.
– Jak mam tym sterować?
– Myślami.
Ruszył do przodu i schował się za drzewem. Zaraz po tym granat rozerwał ciała kilku żołnierzy.
– Wypuść mnie. Proszę! – błagał Mike.
– Walcz. Muszę monitorować twoje zachowanie – rzekł Hyde.
Popatrzył na monitor i śledził ośrodki w mózgu Johnsona. Na razie aktywne były ośrodki strachu i dezorientacji. Dziennikarz grał kiedyś w strzelanki, ale  nigdy nie był w środku wirtualnej rzeczywistości. Wychylił się zza drzewa i oddał strzał. Nagle na jego brzuchu rozrosła się czerwona plama. Pojawił się napis ‘’game over’’. W rzeczywistości Mike też odczuł stłumiony ból postrzału, jakby pocisk był prawdziwy.
– Teraz coś innego – Hyde przełączył symulację.
Tym razem dziennikarz był we wnętrzu palącego się domu. Rozpaczliwie próbował zamknąć oczy i nie myśleć o tym, ale namacalnie czuł ciepło pożaru i realnie dusił się od dymu. Szukał wyjścia, ale wszelkie ścieżki były zajęte przez ogień. Jedynie okno było wolne od płomieni. Wziął rozbieg i rozbił swoim ciałem szybę, wylatując przez okno. Walnął o beton. Prawdziwy Johnson znów poczuł stłumiony ból.
– Daj mi już spokój, błagam – powiedział Mike, któremu łzy zbierały się w oczach.
– Muszę dokończyć analizę fal mózgowych. To będzie ostatnia symulacja.
Mike został przeniesiony do zniszczonego miasta. Wokół biegali żołnierze. Przez drogę przejechał czołg. Johnson odwrócił się. Nadciągała ogromna fala tsunami.  Zaczął uciekać. Woda zbliżała się jednak nieubłaganie. Kiedy już miała go pochłonąć, Hyde wyłączył okulary.
– Dobrze się spisałeś – rzekł, a Mike usiadł z podkurczonymi nogami. Jego mózg wciąż odtwarzał sceny z symulacji.
– Odprowadzę cię.
Idąc do pokoju w towarzystwie Hyde’a, Mike zauważył dziwne pojemniki niesione przez badaczy. Parowały jakby były wyciągnięte z zamrażarki. Zostały odłożone do laboratorium znajdującego się naprzeciwko biura naukowca. Chciał się dowiedzieć co kryją te kontenery. Przespał się chwilę, a potem wstał i otworzył drzwi do pokoju.
– A ty dokąd? – spytał stróż, pilnujący jego pokoju.
– Eksperymenty. Doktor chce zbadać mój mózg podczas snu.
– W porządku, idź.
Szedł powoli w kierunku biura Hyde’a i czekał aż strażnik się zagapi. Wtedy momentalnie odskoczył i podbiegł do drzwi laboratorium, w którym znajdowały się tajemnicze pojemniki. Wpadł do środka. Miał nadzieję, że strażnik niczego nie zauważył. Uspokoił oddech. Podszedł do kontenerów. Ręce zaczęły mu się trząść. Nie wiedział czy chce zobaczyć co jest w środku, ale zaszedł już za daleko, żeby się poddać. Otworzył pierwszy kontener. Same probówki. Rzucił okiem na raport, znajdujący się także w pojemniku. To były niewykorzystane w in-vitro zarodki. Przeraził się i zaczął szukać  kto pracuje w tym laboratorium  i co robi z zarodkami. W biurku znalazł plakietkę i jakieś papiery. Cheryl Parker. Przeczytał sprawozdania z jej eksperymentów. Serce stanęło mu w gardle. ,,Klonowanie zakończone sukcesem’’. ,,Ulepszanie genów’’. ,,Mutacja rozpoczęta’’. Nie był w stanie czytać dalej. Po symulacjach to było dla niego zdecydowanie za wiele. Wtedy otworzył drugi pojemnik.

Hyde postanowił sprawdzić co u jego pacjenta. Jak zwykle wprowadził płyny ustrojowe do pojemnika i wyszedł do pokoju Johnsona.
– Jak idą badania? – zapytał stróż przy wejściu do kwatery Mike’a.
– Do przodu. Jak się ma mój pacjent?
– Przecież poszedł do pana – zatrwożył się strażnik.
– Ty idioto! Przecież jak robię z nim badania to zawsze po niego przychodzę! – udarł się Hyde – pewnie teraz gdzieś myszkuje.
– Co robimy?
– Biegnij sprawdzić monitoring.
Prywatność była sacrum dla Hyde’a. Gdy ktoś ją naruszył, był skreślony. Przyszła pora na Speca. Nabrał do strzykawki środek usypiający i wrócił pod drzwi pokoju Mike’a. Nerwowo przytupywał i czekał na wieści.

Tymczasem Mike na czworakach pędem odsunął się od drugiego kontenera. Nie mógł określić co teraz czuł. Niemoc, apatię, gniew, czy może wszystko naraz. Złapał się za głowę. Zaczął chodzić jak w letargu. Krzątał się tam i z powrotem. To dla niego zdecydowanie za dużo. Najpierw dzieci w probówkach, a teraz większe dzieci. Co do cholery oni tu robią?! – zastanawiał się Mike. Opanował narastające napięcie i szukał czegoś o badaniach nad martwymi dziećmi. ,,Przyspieszanie rozwoju”. ,,Przeszczepy kończyn”. ,, Pobieranie komórek macierzystych i ich zastosowanie”. I to wszystko trzymane w tajemnicy i w dodatku finansowane przez rząd?! Ludzie, którzy tu pracują to potwory. Co ja mam z tym zrobić?! W głowie Mike’a panował chaos. To miejsce jest okupione życiem tysiąca istnień. Musi to opublikować. Nagle do laboratorium wpadł Hyde z zastępem ochroniarzy.
-Zostawcie mnie! Monstra! Lekarze, którzy zarażają zamiast leczyć – Johnson był bliski obłędu.
– Spokojnie. Jutro już nic nie będziesz pamiętał – powiedział obojętnie Hyde i błyskawicznie wstrzyknął środek usypiający.
– Podajcie mu substancję, która zabija neurony odpowiedzialne za pamięć i wywieźcie go tam gdzie go znaleźliśmy.
– Tak robimy z każdym? – spytał żołnierz.
– Nie. Innych po prostu neutralizujemy.
Po wykonaniu zastrzyków, Mike został odwieziony pod ten sam kosz, pod którym siedział tydzień temu. To był jednak początek problemów tajnego kompleksu.

Dolina Śmierci, 1 sierpnia 2004.

Wycie alarmu. Chaos. Ewakuacja ze wszystkich budynków. Hyde otwiera oczy. Wybiega na korytarz. Naukowcy są eskortowani pod nadzorem żołnierzy. Migają tylko czerwone lampki, ogłaszające alarm.
– Szybko panie Hyde, przestanie być tu bezpiecznie – powiedział jakiś żołnierz.
– Co się dzieje?
– Coś dosłownie pożera prąd. Awaria zasilania. Zaraz wszystkie mutanty dadzą nam popalić.
– Zaraz dołączę.
Co ma zrobić? Wziąć ze sobą zbiornik? Podszedł do drzwi zaplecza. Czujnik radioaktywności w jego komórce zaczął tykać.
– Wyślijcie sygnał SOS. Potrzebne nam wsparcie – zakrzyczał jakiś żołnierz.
Ludzi coraz bardziej ogarniała panika. Biegali w popłochu tratując się nawzajem.
– Powtarzam, wezwać wsparcie!

Waszyngton, 1 sierpnia 2004.

– Czy to cały sygnał?
-Tak, panie prezydencie.
– Wyślijcie oddziały specjalne i speców od radioaktywności. Tylko po cichu.
– Ciężko to będzie przemilczeć. Musimy przejechać przez miasteczko Sand City.
– Nie obchodzi mnie to. Zróbcie tak , by nie wywołać zamieszania.
– Co mają dokładnie zrobić?
– Zobaczyć co się tam stało. Jeśli ktoś przeżył, zabić. Zniszczyć wszelkie dowody na badania, które tam wykonywano.
– Tak jest. A co jeśli jednak ktoś się dowie?
–  Jeśli zrównacie kompleks z ziemią i tak nic nie znajdą.

Sand City, 2 sierpnia 2004.

Mike obudził się.
– Co ja robię koło kosza? Czemu wyglądam jak bezdomny? – spytał sam siebie.
Poszedł w stronę hotelu. Mdliło go i bolała go głowa. Popatrzył na cyfrowy zegar i kalendarz na jednym z budynków. Był 2 sierpnia. Co on robił przez ostatni tydzień. Co się stało z mistrzem jazdy na deskorolce? Pierwsze co zrobił, gdy doszedł do pokoju hotelowego, to przebrał się. Zrobił sobie kawę.  Nie zdążył jej upić, gdyż zadzwonił mu telefon. To był redaktor naczelny.
– Jak twój wywiad Johnson?
– Nie …- przerwał na chwilę – nie wiem. Nie przeprowadziłem go.
– CO?! Jak to? Dlaczego?
– Ja… nie pamiętam szefie – przyłożył rękę do czoła – nie wiem co się ze mną działo – wkrótce zadzwonię – rozłączył się.
– To tylko ćwiczenia. Proszę o spokój. Przejedziemy tylko przez miasto – usłyszał z megafonu. Chcąc zobaczyć źródło dźwięku wychylił się przez okno. Jechali żołnierze z maskami gazowymi, a wraz z nimi jacyś ludzie z co najmniej sztabu kryzysowego, bowiem mierzyli radioaktywność. Kierowali się w stronę Doliny Śmierci. Coś mu to mówiło. Zbiegł do auta i wziął swój zeszyt oraz aparat. Podczas gdy włączał się komputer, Mike czytał notatki. Jakieś mgliste wspomnienia zaczęły do niego wracać. Siedział na krześle. Przywiązany. Embriony. Ciała dzieci. Włożył kartę z aparatu do czytnika w komputerze. I nagle wspomnienia przewinęły się niczym film w jego głowie.
– Boże! To dopiero temat!
Johnson od razu zadzwonił do redaktora. Był ciekaw czemu wszystko pamięta. Może wspomnienia zapadły mu tak głęboko w pamięć, że zostały tylko stłumione? Teraz najważniejsze było napisanie artykułu. Zaraz. Oddziały kierowały się do Doliny Śmierci. Czy możliwe jest, aby to nie były ćwiczenia? Musiał tam pojechać.

Dolina Śmierci, tego samego dnia.

Dojeżdżali już na miejsce Smith patrzył przez lornetkę. Kompleks wyglądał na opuszczony. Nie spodobało się mu to.
– Słuchajcie – powiedział – najpierw przejdziemy przez wszystkie budki ochrony na zewnątrz i spróbujemy ustalić co się stało.  Potem wkroczymy do środka. Podzielimy się najpierw na czteroosobowe oddziały. Potem zbiórka przed główną bramą.
Porucznik Ethan Dasc został wybrany na dowódcę czwartej grupy. Poszli do pierwszej budki. Prawie wszystkie kamery pokazywały szmer. Cofnęli taśmę. Ostatnim obrazem byli uciekający ludzie w czasie ewakuacji. Nie widać jednak było przed czym uciekają. Jedna kamera jednak nadal działała, ale cały kadr zajmowała głowa mężczyzny lub raczej to co z niej zostało. Była tak roztrzaskana, że z niektórych miejsc wystawały kości. Oczy miał szeroko otwarte. Pewnie umierał w cierpieniu.
– Kapitanie, mam obraz z jednej kamery .Wysłać do centrum dowodzenia? – spytał Ethan przez krótkofalówkę.
– Dobra robota, poruczniku. Prześlij obraz i szukajcie dalej.
Po przeszukaniu wszystkich budek, oddziały wróciły w umówione miejsce.
– Mamy tylko pięć kamer. Widać na nich wystarczająco dużo, żeby stwierdzić, że raczej nikt nie przeżył. Nie wiemy co ich zabiło, więc miejcie się na baczności.
– Kapitanie, jak wchodzimy do budynków? – spytał Jack Rebel.
Wśród kolegów był uważany za niezdarę. Wielu z nich dziwiło się, że jest w jednostce specjalnej. Kompletnie się do tego nie nadawał.
-Ty, Dasc, wchodzisz do bloku dziesiątego z drugą grupą. Powodzenia! – rzekł kapitan.
Oddział otworzył śluzę do obiektu. Niepewnie weszli do środka. Nie wiedzieli co tam zastaną. Panował półmrok. Migały tylko czerwone światła awaryjne. Nie zdążyli zrobić kilku kroków a już natknęli się na zwłoki. Były zmasakrowane. Wnętrzności wylewały się z zabitego. Ethan pochylił się i dotknął ciała.
– Jeszcze ciepłe. Bądźcie w gotowości. To co go zabiło jest blisko. Jak tam promieniowanie panowie? – zwrócił się do grupy odmierzającej radioaktywność.
– Nieznacznie podwyższone, poruczniku.
– Chodźmy dalej.
Weszli w głąb bloku. Ethan zauważył krwawy odcisk dłoni na szybie.
– Nas czterech wchodzi tu, reszta do pomieszczenia, znajdującego się naprzeciw.
Jeden z żołnierzy otworzył śluzę, a reszta wkroczyła do laboratorium. Latarki na karabinach wystarczająco oświetlały pomieszczenie. Mimo tego, żołnierze odczuwali niepokój. Jakby zbliżało się coś obcego, nieznanego, z czym nigdy nie przyszło im walczyć. Atmosfera i okoliczności także nie sprzyjały dobremu samopoczuciu. Ethan wszedł w głąb pokoju. Przyświecił w ciemną przestrzeń za szafą. Zbliżał się tam powoli. Serce podchodziło mu do gardła. Miał nieodparte wrażenie, że zaraz coś go tam zaatakuje. Usłyszał dziwny ryk. Coś rzuciło się na niego. Niemal instynktownie nacisnął na spust. Reszta żołnierzy również otworzyła ogień. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Ukląkł zaraz obok tego co zabili przed chwilą. Popatrzył na twór. Kształtami przypominało człowieka. Jednak zamiast tęczówki, źrenic i białka, oko było całe czarne. Zamiast paznokci to coś miało szpony. Zamiast żył, świeciły się jakieś podskórne kable. Podszedł do niego przyjaciel.
– W porządku? – spytał i pomógł wstać Ethanowi.
– Co to za cholerstwo?
– Nie wiem, ale na pewno nie jest samo. Dołączmy do drugiej grupki.
-Podaj status, Dasc – powiedział kapitan.
– Wszędzie trupy. Napadło na nas dziwne stworzenie. Pewnie ono zabiło tych ludzi.
– Jak promieniowanie?
– Im głębiej wchodzimy do budynku, tym większe promieniowanie – odezwał się człowiek z grupy pomiarowej.
– Trzymajcie się. My też zlikwidowaliśmy parę zwierzęcych mutantów.
– Dochodzimy chyba do punktu kulminacyjnego – powiedział Ethan słysząc szmery urządzeń pomiaru promieniowania – bez odbioru.  Przed nimi leżało kilkanaście ciał, niczym w jakimś masowym grobie. Ściany były brudne od plam krwi. Zwłoki miały nienaturalne pozycje. Wyrazy twarzy martwych były przerażające.
– Jezu, chodźmy stąd. Co tu się stało? – spytał Rebel.
– Patrzcie, tu jest jakieś biuro – zauważył Dasc.
Weszli do środka i uważnie rozglądali się dookoła.
– Biuro niejakiego doktora Hyde’a. Popatrzcie na dyplom nad biurkiem – rzekł Rebel.
– Poruczniku, poziom promieniowania znacznie wzrósł i im bliżej jestem tych drzwi tym większe promieniowanie.
– Co może za nimi być? – Ethan podszedł i zbadał drzwi. Otwierały się tak samo jak pozostałe. Już zbliżał rękę, by je otworzyć. Coś złapało go za nogę. Żołnierz od razu wymierzył karabinem.
– Nie – usłyszał Ethan.
– Doktor Hyde?
Ten skinął tylko głową. Miał obrażenia wewnętrzne. Z jego ust lała się krew.
– Nie o…otwieraj ty…tych drzwi – z każdą sekundą trudniej mu było złapać oddech.
– Co tam jest?
– Ja to stwo, stworzyłem – kaszlnął – wy, wywołało awa, awarię.
Zaczął się krztusić krwią.
– Trzymaj się, pomożemy ci – rzekł Ethan i zawołał żołnierza, który miał wykształcenie medyczne. Niestety było za późno. Głowa Hyde’a uderzyła o posadzkę. Ethan zamknął mu oczy.
– Cokolwiek to jest, nie możemy pozwolić żeby stamtąd wyszło – stwierdził Dasc.
– Chodźmy dalej, bo zostaniemy napromieniowani.
Poszli badać kolejne pomieszczenia. Rebel został w tyle. Przeszukiwał biuro Hyde’a. Z niewiadomych przyczyn zrobiło mu się słabo. Oparł się o ścianę. Nie zdążył zdać sobie sprawy z tego, że zrobił znacznie więcej.
Tymczasem przed bramami kompleksu zebrali się dziennikarze. Mike Johnson udzielał wywiadów. Mówił niewiele, dopilnował, żeby jego artykuł był najlepszy. Był pewien, że dzisiejsze wydarzenia nie zostaną szybko zapomniane.
Ethan wyszedł z kolejnego pomieszczenia. Ogarnął wzrokiem cały oddział. Kogoś mu brakowało. Wyczyścili już cały budynek i przejrzeli raporty. Tutejsze badania były wątpliwe humanitarnie. Mogli już wyjść. Ethana ogarnął niepokój.
– Poruczniku, nie ma Rebela – odezwał się James, jeden z najlepszych żołnierzy z oddziału.
Narzędzia do pomiaru promieniowania zaczęły złowieszczo szemrać. Z biura Hyde’a wyłoniła się obślizgła macka. Moment później oczom żołnierzom ukazało się nabite na mackę ciało Rebela.
– Chryste! Poruczniku, rozkazy?
Tak. Odpowiedzialność spada na niego. Musiał wybierać. Na pewno nie zdoła ocalić wszystkich.
– Rzucimy tam granat. To coś powinno się cofnąć. Potem ktoś podłoży bombę i rzuci mi detonator. Kto się zgłasza? Sam bym poszedł, ale procedury mówią, że to ja muszę was wyprowadzić.
– Ja – zgłosił się James.
– Dzięki.
Ethan połączył się z kapitanem i powiedział, że detonują bombę. Kapitan zezwolił na akcję i powiedział, że jak wszystkie oddziały opuszczą kompleks, zostanie on ostrzelany przez samoloty.
– Wszyscy gotowi?
Rzucił granat. Wybuch. Potwór zaryczał.
– Ruchy! Strzelajmy gdy będziemy przy wejściu do biura.
James podłożył bombę i rzucił detonator do Ethana. Potwór porwał jednego żołnierza. James zaczął uciekać, ale z powodu promieniowania upadł i zaczął się zmieniać.
– James! – krzyknął Ethan. To nie był już jego najlepszy żołnierz, a coś w rodzaju zmutowanych istot, które wcześniej ich atakowały.
– Zabijcie go.  Szybko! – musiał podjąć tą decyzję z bólem  serca.
Byli już blisko wyjścia. Ethan walnął w guzik, który otwierał śluzę na zewnątrz.
– Szybciej chłopcy!
Czekał, aż wszyscy wyjdą. Sam już przekroczył próg. Złapała go macka i owinęła się wokół jego nogi. Na szczęście chwycił się rogu zewnętrznej ściany. Zaparł się wolną nogą o próg i wyciągnął detonator. Nie zawahał się ani chwili. Siła wybuchu wypchnęła go na zewnątrz. Koledzy z oddziału zanieśli go nieprzytomnego poza bramy kompleksu. Zaraz potem nadleciały samoloty i zrównały laboratoria z ziemią. Kapitana otoczyły tłumy dziennikarzy. Nie mógł nic powiedzieć. Była to tajemnica państwowa.

Mike był zawiedziony. Wszelkie dowody zostały zniszczone. Równie dobrze ludzie mogą stwierdzić, że wszystko zmyślił. Oficjalna wersja różniła się od tej prawdziwej. W telewizji mówili o terrorystach, którzy weszli do kompleksu i pozabijali lekarzy, a samoloty były jedyną możliwością na zniszczenie broni biologicznej, którą rzekomo wnieśli podstawieni naukowcy.  Mike postanowił pojechać do rannego żołnierza. Może on zgodzi się powiedzieć prawdę. W szpitalu założyli mu specjalny kombinezon, bowiem żołnierz był napromieniowany.
– Jestem Mike, wiem co się tam działo. Musisz to potwierdzić. Inaczej powiedzą, że kłamię – zaczął rozmowę.
– To tajne, nie mogę – Ethan zamilknął na chwilę – skąd wiesz?
– Robili na mnie doświadczenia.
– Cud, że wyszedłeś z nich żywy – rzekł cicho żołnierz.
– W takim razie wiesz co tam robili?
– Tak. Z resztą… i tak pewnie umrę. Potwierdzę twoją wersję.

Po nagraniu materiału Ethan udostępnił go w mediach. Opinia publiczna zawrzała. Nawet oświadczenia prezydenta nic nie pomogły. Szkoda tylko, że triumf prawdy był okupiony stratą zdrowia, czy nawet życia tak wielu niewinnych osób.

Dolina Śmierci, 3 sierpnia 2004

Spod gruzów wystrzeliły macki. Stwór z łatwością odkopał się spod kamieni i ruszył w stronę miasteczka Sand City.

1 thought on “Laboratoria Śmierci

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Message *
Name*
Email *